Szachy - starożytna intelektualna gra masowa, łącząca elementy sportu, nauki i sztuki. Dla Andrzeja Gburka, toruńskiego mistrza szachownicy, są nie tylko rekreacją. Szachy, to przede wszystkim wspaniała szkoła charakteru.

Kiedy po raz pierwszy odkrył Pan w sobie pasję do szachów?

Był to 1968 rok. Wujek wraz z kuzynem dosyć często rozgrywali ze sobą partie szachowe. Przyznać muszę, że nic z tej gry nie rozumiałem. Nie wiedziałem nawet jak się nazywają poszczególne figury. Niewiedza spotęgowała moją agresję i podczas jednego z ich pojedynku, z nieukrywaną przyjemnością, rozrzuciłem figury na szachownicy. W lakonicznym skrócie kuzyn postanowił objaśnić mi zasady. Muszę powiedzieć, że nic z tego nie rozumiałem, grałem trochę na przymus kolejne partie, lecz powoli sama gra zaczęła mnie zaciekawiać. Rozegraliśmy sporo partii i większość rozegranych partii przegrałem przez tzw. „szewskie" maty. To był mój początek przygody z królewską grą.

Kto nauczył Pana gry w szachy?

Można powiedzieć, że pierwszym moim poważnym nauczycielem był mój najstarszy brat Jerzy. To on właśnie poinformował mnie, że w kioskach Ruch można nabyć specjalistyczny miesięcznik „Szachy". Zachęcił mnie do dalszego zgłębienia arkanów gry poprzez poznanie zasad strategii i taktyki szachowej. Czytałem go od pierwszej do ostatniej strony nawet po kilka razy, aby zrozumieć zawartą w nim treść. wykonałem wówczas samodzielnie szachownicę ze sklejki, a na papierze opisałem nazwy poszczególnych pól. Rozgrywałem, a raczej analizowałem partie na tej nietypowej szachownicy z miesięcznika. Wówczas zapragnąłem zapisać się do klubu szachowego, aby sprawdzić swoje umiejętności szachowe

A kiedy zaczęła się gra na poważnie, starty w zawodach i turniejach?

Gra na poważnie zaczęła się 31 maja 1970 r. od towarzyskiego meczu pomiędzy reprezentacją Torunia i Szamotuł. Pamiętam, że pierwszą swoja partię grałem kolorem czarnym i zremisowałem. Następny występ to indywidualne mistrzostwa klubu, półfinały mistrzostw Torunia seniorów, mistrzostwa Okręgu juniorów w Świeciu n/W. Uzyskałem wówczas niezły wynik sportowy i zdobyłem trzecią kategorię szachową.

Pamięta Pan swój pierwszy mecz?

Był to mecz o mistrzostwo ligi okręgowej rozegrany w Toruniu, pomiędzy Elektrykiem, a Kolejarzem Chojnice. Grałem wówczas na piątej szachownicy, jako senior kolorem czarnym i niestety przegrałem. Za bardzo się starałem, grałem zbyt asekuracyjnie i w efekcie „podstawiłem" gońca i było po zawodach. Byłem przestraszony odpowiedzialnością, jaka na mnie ciążyła. Wiedziałem, że w przypadku mojej przegranej w następnym meczu zagra ktoś inny.

Jako bardzo młodej osobie (miał Pan wtedy 19 lat), OZSzach. powierzyło Panu funkcję Przewodniczącego Komisji Klasyfikacji i Ewidencji. Było w Panu na tyle dużo pewności siebie i doświadczenia, by bez obaw przyjąć to stanowisko?

Było dużo pewności siebie, ale doświadczenia praktycznie żadnego. To mnie jednak nie zniechęciło do działalności, a wręcz przeciwnie mocno mobilizowało i ekscytowało... Zresztą nigdy nie bałem się nowych wyzwań i starałem się zawsze być „krok przed orkiestrą".

Gra w szachy towarzyszy Panu przez cały okres życia. Zaczynając od 1970 r. w KS „Elektryk", poprzez organizację imprez szachowych, aż do sędziowania. Co takiego jest w szachach, że ma Pan ochotę wciąż w nie grać?

Lubię grać w szachy. Od tego prostego stwierdzenia wszystko się zaczyna. Szczęśliwi ludzie to tacy, którzy odczuwają radość z tego, co robią. Lubię szachy same w sobie, a nie siebie samego w szachach. Szachy uczą życia, uczą jak walczyć, jak iść na kompromis, jak się wycofać, aby potem ruszyć do ataku. Szachy uczą poznawać samych siebie, czyli przede wszystkim – kształtować swój charakter, budować prawidłową hierarchię wartości, wzmacniać system nerwowy, godnie znosić niepowodzenia i porażki.
Walka szachowa stawia swym uczestnikom niezmierne wymagania, rozwija wyobraźnię, zmuszając jednocześnie do logicznego myślenia, obiektywnego, trzeźwego planowania, jest wspaniałą szkołą charakteru.

Zorganizował Pan w Toruniu pokaz jednoczesnej gry w szachy, bijąc tym samym ówczesny rekord Polski.

Było to dokładnie 14 września 1975 roku, a grałem symultanę na 110 szachownicach jednocześnie. Impreza rozgrywana była przed Ratuszem wzbudziła duże zainteresowanie mieszkańców Torunia, którzy przez osiem godzin, a więc przez cały czas trwania imprezy towarzyszyli zawodnikom.

W dowód uznania był Pan wielokrotnie odznaczany, m.in. medalem 60-lecia Polskiego Związku Szachowego oraz medalem 750 - lecia miasta Torunia. Nagrody motywują do dalszego działania i zaangażowania?

Tak, nagrody dodają skrzydeł. Pokazują, że to, co robimy ma sens. Nagroda jest wyróżnieniem, którego podstawą jest wiele lat pracy i zaangażowania w wykonywaną pracę.

W poczet Pana wychowanków wchodzi wielu utalentowanych szachistów. Jakie to uczucie, gdy Pana zawodnicy zdobywają pierwsze miejsca w turniejach?

Bardzo miłe uczucie, dające dumę i satysfakcję oraz motywację do dalszego działania. Jest to wynikiem systematycznej i żmudnej pracy szkoleniowej i wychowawczej, okupionej często wieloma osobistymi wyrzeczeniami.

Czego szachy wymagają od człowieka?

Walka na szachownicy jest zupełnie tym samym, co walka na jakiejkolwiek innej arenie. Ale, aby odnieść zwycięstwo trzeba przede wszystkim zwalczyć własną słabość, uwierzyć w swe możliwości zmusić się do najwyższego często wysiłku, opanować własne nerwy ... mało, która dyscyplina sportowa ma równie stary rodowód, co szachy, chyba tylko starogreckie dyscypliny olimpijskie. Partie szachowe posiadają swe cechy indywidualne często tak wyraźne i charakterystyczne, że poznać możemy ich autora. W partiach ujawniają się cechy charakterologiczne ich twórców. Najwięcej tych cech ujawnia gracz podczas swojej gry. „Jeśli chcesz poznać człowieka, jego charakter, jego walory, jego zalety i wady - zagraj z nim w szachy".

alina_di
opublikowany: 19 maj 2011 r.
www.mmtorun.pl